Kategorie
Wszystkie wpisy

O moim największym grzechu – byciu grzeczną dziewczynką

Za dzieciaka kiedy mówiono o mnie, że jestem grzeczna, miła i posłuszna, był to mój największy powód do dumy. Wtedy byłam przekonana, że to moja największa zaleta. Minęły lata, a ja jestem tą samą grzeczną dziewczynką. Nic się nie zmieniło. Oprócz tego, że ta zaleta zmieniła się w wadę. Bo z małej dziewczynki, która zawsze robi to, co należy i nie sprawia nikomu przykrości i z całych sił stara się nie robić kłopotu, wyrosła kobieta, która boi się walczyć o swoje. Kobieta, która uważa, że wystarczy dostatecznie dobrze długo i z poświęceniem wykonywać swoją pracę, żeby zostać docenioną. Kobieta, która niczym nastolatka marzy, że pewnego dnia ktoś ją zauważy i dostrzeże. Wtedy wszyscy zobaczą, jaka jest naprawdę. Docenią ją. A do tego czasu będzie w cichości i z należną starannością tak, żeby nikomu nie przeszkadzać wykonywać jakieś podrzędne prace i w głębi serca liczyć na czyjąś wdzięczność. Kiedyś przecież musi nastąpić wyrównanie. A do tego czasu nie będzie rzucać się w oczy. Postara się jak najbardziej wtopić w otoczenie. Będzie jedną z setek płytek podłogowych, po których się depcze. Ale do czasu. Świat jest przecież sprawiedliwy. Jeśli nawet nie dostąpi nagrody teraz, to na pewno w przyszłym życiu. Prawda?

Ani trochę.

Wiem, że trzeba formułować jasne wymagania. Mówić, czego się chce i oczekuje. Stawiać sprawę jednoznacznie. Bo inaczej skąd ktoś ma wiedzieć, że coś mi nie odpowiada, że chciałabym coś zmienić? Niby to wiem. Ale chodzę z wiecznie oplutą brodą, bo tego nie robię. Za to mrówki i robaki mają ze mną życie, nie znają suszy, bo ciągle pada. Jednak widzę perspektywę zmiany, bo moja mama jest w tym bardzo dobra. Zawsze przy negocjowaniu jakiejś umowy, powie, co jej nie odpowiada. Nigdy nie uznaje, jak ja, że widocznie tak musi być i trudno. Zawsze negocjuje cenę, a nawet żąda niższej, co popiera argumentami, nie tylko tupaniem nogą. I jest w tym skuteczna. Skuteczniejsza niż wszyscy mężczyźni w domu. Liczę, że mam tę jej cechę, tylko jeszcze jej nie odkryłam.

Wydaje mi się, że to dlatego, że ja podświadomie myślę, że kobiety, które osiągają finansowy sukces i pełną niezależność, czyli są przeciwieństwem mnie, prą do przodu po trupach. Są bezwzględne zimne i wyrachowane. Uśmiechają się często, ale ten uśmiech nie jest promykiem słońca. To raczej zły omen. Sieje niepokój. Widzisz ten uśmiech i spodziewasz się, że za chwilę ci się dostanie. Bo takie kobiety nie są jak mężczyźni, że podniosą głos, oburzą się i uderzą pięścią w stół, jak coś im się nie podoba. Nie. One będą sączyć jad niepostrzeżenie, szepcząc ci coś do ucha przez zęby zaciśnięte w uśmiechu. Będą docinać ci po trochu, a ty nie zorientujesz się nawet za co. Pewnie kiedyś zdarzyło ci się powiedzieć lub zrobić coś nie po ich myśli. Ale nie powiedziały ci, że coś im się nie podoba od razu i wprost. One to tylko zapamiętały i zanotowały sobie w pamięci, że koniecznie muszą wbijać ci szpile. I to zawsze, kiedy odwracasz głowę. Być może się je podziwia, stawia za wzór, ale tak naprawdę nie kocha. Raczej nie chce się być blisko, bo są postrachem. Ktoś taki jest świetnym partnerem biznesowym, ale nie przyjacielem. I nie kimś, z kim chcesz spędzać czas. Poza tym samo słowo kariera kojarzy mi się źle. Gdybym miała wymienić te skojarzenia, to pewnie padło by słowo: intryga, podstęp, krętactwo, układy, manipulacja. Wcale nie sukces czy uznanie. Taki mam obraz.

Jednak być może w ten sposób tylko racjonalizuję moją bierność, wynikającą ze strachu przed odrzuceniem, byciem nielubianą, przytłaczającą odpowiedzialnością. I przed porażką. Ja chyba zbyt często doświadczam małych porażek i jestem nimi przesycona. Bo każde fizyczne potknięcie, stłuczenie siebie czy kubka i to, że nie jestem w stanie czegoś zrobić sama, postrzegam chyba jak porażkę. Bo jak inaczej wytłumaczyć, że tak bardzo unikam tych porażek? Może winien jest perfekcjonizm? Ale w takim razie ciekawie by się u mnie objawiał. Bo uporządkowania i dbałości nie widać wokół mnie w ogóle.

Natomiast ludzie, którzy coś osiągają, nie boją się porażki. Oni wiedzą, że to właśnie na porażkach uczymy się najwięcej. Potrafią wyciągnąć z nich dobro i doświadczenie, które im w przyszłości pomoże. To oni umieją dostrzec, że drużyna piłkarska, która przegrała dwa do trzech, strzeliła aż dwie bramki. I przez to czują się tylko mocniej zmotywowani do działania. W myśl zasady: było tak blisko, następnym razem na pewno się uda. Kiedy mnie się nie udaje, od razu myślę, że to ja się nie nadaję. I to nie tylko do tego, co mi akurat nie wyszło. Do wszystkiego. Pomijam niemal wszystkie zewnętrzne okoliczności i czynniki, które też mogły mieć decydujące znaczenie. Poza tym bardzo długo zbieram się po porażce. Nie umiem się szybko wybić i odbić. Upadam i bardzo trudno mi się podnieść.

Jestem w stanie permanentnej walki. Chcę być lubiana i chcę, by wszyscy czuli się dobrze, mimo że wiem, że to niemożliwe i nieosiągalne. Bo nie odpowiadam za innych, tylko za siebie. Chcę iść do przodu i pokonywać przeszkody, ale nie chcę przy tym być utrudnieniem dla kogoś. Chcę osiągnąć swoje cele, ale inni mają pierwszeństwo. Wiem, że należy stawiać wymagania, bo wtedy wszyscy wiedzą, co mają robić i znają moje granice, ale boję się sprawiać kłopotu i przykrości. Chcę być pewna siebie, ale nie chcę być przy tym odpychająca.

Chociaż jestem z siebie też dumna, bo mam coraz więcej zdrowych reakcji. Zaczynałam od samodzielnego podejmowania błahych decyzji. Na przykład przestałam pytać kogoś zaufanego, co myśli o swetrze, który chcę kupić. Kupuję i staram się odgonić myśli o zwrocie. Mówienie o tym, na co mam ochotę też bardzo pomaga. I znowu zaczynałam od rzeczy najprostszych. Jak ktoś mnie pytał, jaki dżem ma kupić, wybierałam ten, który lubię. Przestałam mówić, że jest mi to obojętne. Do niedawna kiedy robiłam sobie śniadanie, często najpierw pytałam, co jadł ktoś inny. Myślałam, że w ten sposób szukam inspiracji. Nie. Ja nie wiedziałam, na co mam ochotę. Teraz łączę się ze sobą wewnętrznie i mówię do siebie: Cześć, pięknie wyglądasz, co byś zjadła? I tak powoli się przekonuję, że mogę ufać swoim decyzjom i sobie. Przekonałam się też, że wymagać to nic złego. I nikt automatycznie nie przestaje mnie lubić z chwilą, gdy zaczynam wymagać. Nadal bardzo daleko mi do negocjowania cen, ale przynajmniej nie rozmawiam już z akwizytorami.

Z niedawnych sytuacji. Miałam znajomego, którego lubiłam (już mi przeszło). A on lubi horrory. Ja jako wrażliwiec nie znoszę przemocy, drastycznych scen, cierpienia. Obejrzałam w życiu, jeszcze we wczesnym dzieciństwie, jeden horror. Laleczkę Chucky na VHS-ie. I to z zasłoniętymi oczami. W każdym razie wyobrażałam sobie, że jak będziemy oglądać razem film, to ja nawet mogę obejrzeć ten horror. Tłumaczyłam sobie początkowo, że to będzie takie poszerzenie horyzontów. Przecież fajnie wspólnie robić rzeczy, których nie robiło się do tej pory samemu. To takie rozwijające. Do tego romantyczne. Przecież mogę się niespodziewanie, ogarnięta strachem, przytulić. Nieprawda. To znowu godzenie się na rzeczy, na które nie mam ochoty i racjonalizacja, żebym nie czuła się znowu jak krzesło, które można przestawiać, jak komu wygodnie. Uświadomiłam sobie po czasie, że przecież nic nie tracimy, wybierając film, który ma szansę spodobać się każdej ze stron. I będzie wiadomo, że nie lubię horrorów. Nie musimy lubić tego samego.

Zdaję sobie sprawę, że bycie grzecznym i miłym ułatwia dziecku przetrwanie. Bo kiedy jesteśmy bezradni i potrzebujemy pomocy, łatwiej ją uzyskać, kiedy nie bijemy po twarzy każdego, kto się pojawi w zasięgu ręki. Kogoś grzecznego też łatwiej lubić. Wzbudza sympatię. A jako dzieci najbardziej potrzebujemy akceptacji. Uległość może też być sposobem na łagodzenie konfliktu, jeśli akurat znalazłeś się w jego środku. Jako dzieci szybko wyczuwamy emocje i nadciągającą burzę. Równie szybko uczymy się, że jak będziesz siedzieć cicho, to wszystko szybciej się skończy i będzie można odetchnąć. Co innego może zrobić dziecko? Tylko kiedy nie trzeba już walczyć o przetrwanie, te wszystkie mechanizmy stają się zbyteczne. Ale pozostają z nami i utrudniają dalsze funkcjonowanie. Uniemożliwiają uniezależnienie się, zrozumienie tego, kim jesteś, czego tak naprawdę chcesz, gdzie masz swoje granice oraz z kim chcesz być.

Też zdaję sobie sprawę, że niepełnosprawność dodatkowo utrudnia i potęguje tę postawę. Ale właśnie dotarło do mnie, że gdybym kombinacją CTRL+ X usunęła niepełnosprawność z równania, to i tak nadal to wszystko, co napisałam do tej pory, pasowałoby do wielu kobiet. Wniosek? Kobiety często zachowują się jak niepełnosprawni, niepełnosprawni i kobiety jak dzieci, a niepełnosprawni mężczyźni jak kobiety. Bez sensu? Chciałabym.

Beata Ebert

Autor: Beata Ebert

Mówią mi Beti, ale to niewiele mówi. „Gleba” byłaby ksywą znaczącą. Bo jakoś tak silnie ciągnie mnie do ziemi i trudno mi utrzymać pion. Często sprawdzam, czy chodnik jest właściwie wypoziomowany. Kiedy dopuszczą konkurencję sportową: bicie głową o glebę, zdobędę medal. Z ziemniaka.
Możesz zobaczyć mnie, jak trzymam klasę, klęczącą przed drzwiami, lodówką, śmietnikiem czy kasą.

Lubię składać słowa i stykać znaczenia. Nieumiejętność liczenia zmusza mnie do płacenia kartą.

Każde wyjście to dla mnie wyprawa. Do dżungli. W nocy. Bez maczety. Z chińskim przewodnikiem.

Nie pójdę do nieba, bo boję się schodów i wysokości. Winda akurat będzie pewnie w naprawie. Mogę smażyć się w piekle. Ale tylko na głębokim oleju. I jeżeli obok będzie smażyć się karkóweczka.

Gdybym powiedziała, że nie biegam, skłamałaby: nigdy nawet nie biegłam. Ale mówię biegle. Po pongielskiemu.

Jeśli chcesz mnie lepiej poznać, zatrzymaj się albo idź obok mnie. Nie wyprzedzaj, bo nie zdołam Cię dogonić. Nie idź też za mną, bo oboje się zgubimy. Możesz mnie czasem podwieźć. Ale nie zawieść ani zwodzić.

Jeśli chcesz pokazać mi, że mnie lubisz, daj mi swój czas. Nie próbuj pomóc, próbuj zrozumieć. I bądź cierpliwy.

Kojarzysz taką nalepkę na paczkach i przesyłkach: „Uwaga, szkło!”? Ja powinnam nosić taką z napisem: „Uwaga, czujący człowiek!.” Przez to proszę, zostaw ostre słowa, uszczypliwe komentarze i szpile przed wejściem na ten blog, a wszystkim nam będzie tu dobrze i bezpiecznie.

2 odpowiedzi na “O moim największym grzechu – byciu grzeczną dziewczynką”

Mogę się podpisać pod Twoimi słowami… odnośnie tych drugich dzieci. W dzieciństwie nauczono mnie brać wszystko garściami, przepychać się do pierwszego rzędu i brylować wśród cichych myszek. I do czego to doprowadziło? Otóż do tego, że teraz jestem sfrustrowana gdy mam współpracować z „miłą, spokojną, słodką dziewczyną/chłopaczkiem”. Odbijam się od ściany gdy widzę, że ludzie nie przywiązują żadnej wagi do istotnych decyzji czy też wydarzeń. Widzę to w pracy i na studiach zaocznych, dlatego zaczęłam przejmować inicjatywę i zarządzać projektami pod siebie – jeśli nie potrafią się odezwać, to sama mam wymusić ich głos?

Dzięki za ciekawy głos z drugiej strony. Czy masz wymuszać? Tak. W ten sposób, że zadać pytanie. Bo my zazwyczaj mamy swoje zdanie i to przemyślane. Bo podczas, gdy inni mówią, my myślimy, analizujemy. Tylko mamy też przekonanie, że nikogo to zdanie nie interesuje i nie obchodzi. A pytając pokazujesz, że ciebie obchodzi i jest dla ciebie ważne, co ja myślę. Więc dajesz mi pośrednio przekaz, że ja jestem ważna.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *