Kategorie
Wszystkie wpisy

Niezapominalny nieznajomy

Czas akcji: Kilka lat wstecz.

Miejsce akcji: Dworzec Zachodni, Warszawa.

Bohaterowie: Ja i Pan Budkowy.

Zdarzenia: Przede mną 6-godzinna podróż autobusem do domu. Chcę kupić sobie kanapkę na drogę. Podchodzę do budki z jedzeniem, skonstruowanej jak kiosk, tzn. z okienkiem na wysokości ramion. Tak, że reszty człowieka nie widać. Szybka była zamknięta. Pan Budkowy zauważył mnie dopiero, jak już stałam pewnie i bez zachwiań przed nim. Otwiera mi i w tej samej chwili twarz mu się cała rozpromienia w szerokim jak wieszak uśmiechu. Ja na to bez namysłu i zgodnie z prawdą:

Boże, ale się Pan ładnie uśmiecha!

On: Nie mógłbym się nie uśmiechać do tak pięknej kobiety

Rozglądam się w przekonaniu, że mówi obok mnie, albo przez moje ramię, do jakiejś pięknej kobiety. No przecież nie do mnie. Ze zdziwieniem stwierdzam jednak, że nikt koło mnie nie stoi. Nie ma kolejki.

Nie pamiętam, co odpowiedziałam. Pewnie przez ściśnięte z ekscytacji gardło wydobył się zmieniony, piskliwy głos i padło coś na kształt :

Ojejku, dziękuję!

Do wymiany numerów ani rundki randek nie doszło. Nigdy już nie spotkałam Pana Budkowego. To dobrze. Nie miał okazji zmienić o mnie zdania. Ani powiedzieć mi niczego przykrego. Zrobił najlepsze możliwe pierwsze wrażenie i zniknął. Żebym go mogła tylko dobrze wspominać.

Ale ważniejsze jest to, co nastąpiło po tym zdarzeniu.

Odtwarzałam sobie tę sytuację w głowie w trybie „ pętla” przez tydzień-dwa. Nawet teraz, po latach, często do niej wracam. Od tej wymiany zdań jestem przekonana, że mam ładną twarz. Bo pan nie widział nic mojego oprócz twarzy. Do tego jego reakcja była bardzo spontaniczna i niewymuszona. A nie byłam jakaś zrobiona, czy przefiltrowana, jak na zdjęciach profilowych.

Słyszę, że jestem ładna dość często. Ale nie mogę się pozbyć wrażenia, że ludzie mówią, co według nich ja potrzebuję usłyszeć. Zgodnie z zasadą: Jest niepełnosprawna. Nie widzi się piękna w niepełnosprawności, to powiem jej, bo pewnie rzadko to słyszy. Niech ma. Niech się cieszy. Rozumowo wiem, że to jest pewnie szczere. I ci, którzy tak mówią, rzeczywiście tak myślą. Bo tylko niektórzy i nieliczni są na tyle wyrachowani, by robić takie zimne analizy i kalkulacje. I jeszcze według nich postępować. Poza tym to bardzo niedobrze, że przypisuję im intencje, których nie mają, które wynikają z moich przekonań. Ja to niby wszystko wiem. Jednak sama świadomość, nie pozwala mi zmienić tego, jak na to reaguję. Zazwyczaj muszę się mocno skupiać, żeby odpowiedzieć: Dziękuję na taki komplement. Zatrzymać w środku i zdusić to, co od razu ciśnie się na usta, czyli: Taa, jasne! Na szczęście toczę ze sobą taką wewnętrzną walkę tylko wtedy, kiedy słyszę, że jestem ładna. Cała. Za to jak ktoś mi powie coś konkretnego. Na przykład, że mam fajną fryzurę. Albo że pasuje mi ta bluzka. Albo ten kolor. Wtedy przyjmuję to z uśmiechem i z wdzięcznością jako fakt. Nie protestuję w środku.

Myślę, że to przez to, że nie pamiętam, żeby mi mówiono w dzieciństwie, że jestem ładna. Być może mówiono, tylko nie pamiętam. Na pewno powtarzano mi, że jestem mądra. I to zapamiętałam. Chwalono się moim świadectwem z czerwonym paskiem. I tym, że nie trzeba nade mną stać z kosą, żebym wzięła się za lekcje czy naukę.

Nie chwalono mnie za wygląd, ale też nie słyszałam w tym temacie o sobie przykrych rzeczy. A mogłam przecież usłyszeć: Nie zakładaj tych krótkich spodenek, bo masz krzywe nogi. Albo: Garbisz się jak Quasimodo, wyprostuj się! A takie uwagi pewnie same się nasuwały, szczególnie rodzicom. Wystarczyło otworzyć usta i przez sekundę mniej się pilnować, żeby wyszły. Jednak im się udawało gryźć w język przez te wszystkie lata. Aż dziw. Sama nie jestem pewna, czy mnie na ich miejscu to by się udało.

Dzięki wymianie tych kilku zdań z Panem Budkowym, mam też silne przekonanie, że warto mówić ludziom miłe rzeczy. Bo może ktoś te nasze słowa albo uśmiech będzie przeżywał tydzień. Albo wręcz zapamięta je na zawsze. I dzięki tej praktyce teraz od razu, bez skupiania się, zauważam w ludziach coś pozytywnego i im o tym mówię. Czasem będąc w stresie pomyślę i zapomnę powiedzieć. Ale zawsze pomyślę.

Tego lata tę umiejętność w sobie doceniłam. W jednej z nadmorskich miejscowości szłam sobie z takim jednym deptakiem wypełnionym ludźmi. Ten, po dłuższej chwili milczenia między nami, rzucił z wyczuwalną w głosie dezaprobatą, wręcz niechęcią:

Widziałaś tę kobietę w białej sukience?

Ja: No tak. Ma ładną opaleniznę, a biała sukienka jeszcze ją podkreśla i uwydatnia.

On: Ta sukienka jest na nią za mała. Albo ona na nią za duża. To obleśne. Czemu nie pomyśli, że może ktoś nie ma ochoty oglądać każdego centymetra jej ciała?

I wtedy to mnie uderzyło. Ja pomyślałam o tej kobiecie coś pozytywnego, on negatywnego. Ja nawet nie zauważyłam, że być może ma za małą sukienkę. A on się na tym skupił. I wtedy też upadło mi w głowie moje przekonanie o tym, że przypadkowi ludzie nie oceniają nas tak często, jak nam się wydaje. Bo są za bardzo skupieni na sobie. Wtedy dostałam informację, że jednak oceniają. I to raczej źle niż dobrze. Bardzo mnie to przygnębiło. Teraz jak opisuję tę sytuację, myślę, że kiedy ktoś sprawny, kto normalnie chodzi trzy razy szybciej niż ja, idzie ze mną, to ma więcej czasu na obserwację, analizowanie i przemyślenia. Szczególnie, że jednoczesne chodzenie i rozmawianie jest dla mnie trudne, zazwyczaj więc wtedy tylko odpowiadam na pytania, nie prowadzę rozmowy.

Chociaż przyznam, że mam też wątpliwości co do komplementów. Czy powinnam je tak rzucać na prawo i lewo? Bo komplement, mimo że pozytywny, jest jednak oceną. I przypomina o tym, że jest się cały czas ocenianym. Ja powiem o kimś coś miłego, bo nawet źle myśleć o ludziach nie lubię. Ale już następna osoba może powie coś przykrego. Albo wątpliwego. W rodzaju: Wyglądasz dziś pięknie. Jak nie ty! I kiedy przyjmie się komplement, to trzeba przyjąć też krytykę. I pozwolić ludziom przez to wpływać na nasz nastrój.

Chociaż pewnie znowu projektuję na innych swoje lęki. Bo to ja mam duży problem z krytyką. Jestem przeczulona. Widzę ją nawet tam, gdzie jej nie ma. Gdzie jest po prostu informacja zwrotna. Ale to nie jest tak, że nic z tym nie robię. Ten blog jest między innymi po to, żebym się trochę uodporniła. Oby się udało!

Beata Ebert

Autor: Beata Ebert

Mówią mi Beti, ale to niewiele mówi. „Gleba” byłaby ksywą znaczącą. Bo jakoś tak silnie ciągnie mnie do ziemi i trudno mi utrzymać pion. Często sprawdzam, czy chodnik jest właściwie wypoziomowany. Kiedy dopuszczą konkurencję sportową: bicie głową o glebę, zdobędę medal. Z ziemniaka.
Możesz zobaczyć mnie, jak trzymam klasę, klęczącą przed drzwiami, lodówką, śmietnikiem czy kasą.

Lubię składać słowa i stykać znaczenia. Nieumiejętność liczenia zmusza mnie do płacenia kartą.

Każde wyjście to dla mnie wyprawa. Do dżungli. W nocy. Bez maczety. Z chińskim przewodnikiem.

Nie pójdę do nieba, bo boję się schodów i wysokości. Winda akurat będzie pewnie w naprawie. Mogę smażyć się w piekle. Ale tylko na głębokim oleju. I jeżeli obok będzie smażyć się karkóweczka.

Gdybym powiedziała, że nie biegam, skłamałaby: nigdy nawet nie biegłam. Ale mówię biegle. Po pongielskiemu.

Jeśli chcesz mnie lepiej poznać, zatrzymaj się albo idź obok mnie. Nie wyprzedzaj, bo nie zdołam Cię dogonić. Nie idź też za mną, bo oboje się zgubimy. Możesz mnie czasem podwieźć. Ale nie zawieść ani zwodzić.

Jeśli chcesz pokazać mi, że mnie lubisz, daj mi swój czas. Nie próbuj pomóc, próbuj zrozumieć. I bądź cierpliwy.

Kojarzysz taką nalepkę na paczkach i przesyłkach: „Uwaga, szkło!”? Ja powinnam nosić taką z napisem: „Uwaga, czujący człowiek!.” Przez to proszę, zostaw ostre słowa, uszczypliwe komentarze i szpile przed wejściem na ten blog, a wszystkim nam będzie tu dobrze i bezpiecznie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *