Kategorie
Wszystkie wpisy

„Święto ognia” Jakuba Małeckiego spalone

„Mam dwadzieścia lat i siedzę w domu, na wózku, a ich widzę przez szybę, ale to nie szkodzi, bo skakać po kałużach można wszędzie, nawet w dom, na wózku, jak się ma dwadzieścia lat”

Odebrałam tę książkę jak opowieść o tym, że można przez szybę oglądać świat, a właściwie własne podwórko nazywać światem, i przekonywać przy tym, że doświadcza się w ten sposób znacznie więcej niż przeciętni ludzie i że takie życie przez szybę jest znacznie ciekawsze i pełniejsze. Jeśli tylko potrafisz patrzeć. Warunki, w jakich żyjesz same w sobie nigdy nie są ograniczeniem. Ograniczasz się sam. Tym, jak reagujesz na te warunki. Jeżeli jesteś przygnębiony z jakiegoś powodu, to jest to tylko twoja wina, bo źle reagujesz. Po prostu. Jesteś słaby. Wystarczy zdecydować, że nigdy nie będziesz przygnębiony i nie być. Proste.

Jak dwudziestoletniej dziewczynie niemal wciska się w usta smoczek

Nastka przez całą książkę jest konsekwentnie infantylizowana. Wielowymiarowo. Na każdym poziomie. Począwszy od języka, jakiego używa. Nie mówi „codzienne ćwiczenia” czy „rehabilitacja”, powie „fikumiku”. Nie ma „porażenia mózgowego” ma „poroże mózgowe”. Bo jak nie powie „porażenie”, to go nie ma i jest jakoś fajniej. Nawet kiedy czuje podniecenie, to nie nazwie tego podnieceniem, tylko „gilgotaniem”.

Autor pokazuje na przykład, jak dziewczyna siedzi z tatą przy stole i wypluwa rzodkiewkę, tak się wygłupia. Uważa to wygłupianie za „najlepszą zabawę”. A jej tata jest „najśmieszniejszy na świecie”. Co prawda czasem wyczekuje, kiedy pod jej oknem przejdzie Mateusz i wtedy chciałaby, żeby taty nie było. Ale to są chwile.

W odwiedziny robimy zawsze świetne rzeczy, jak na przykład jedzenie lodów z kabanosami, granie łyżkami na garnkach albo rzucanie czymś w babcię”

Typowe zabawy i atrakcje dla 3-latka. I ten charakterystyczny dziecinny zachwyt, jakie to wspaniałe doświadczenia ona ma. Jakby dopiero poznawała świat i wszystko było dla niej nowe i fascynujące. A zaznaczam jeszcze raz, dziewczyna w książce obchodzi swoje 21 urodziny.

Ja palę prawdziwego papierosa. Pani Józefina śmieje się tak, że wszystko się na niej trzęsie. Życie jest wspaniałe.”

Tak, bo nikomu wcześniej nie przyszło do głowy, że dorosła osoba na wózku może chcieć zapalić. Albo napić się, czy wręcz upić. Nawet jej samej wcześniej to nie przyszło do głowy. Co więcej, usilnie utrzymuje, że kocha czekoladę i marzy o czekoladzie, która nie będzie jej skrupulatnie wydzielana: „Kupiłabym [gdyby mogła pójść sama do sklepu], co by mi się podobało, na przykład sześć czekolad albo nawet osiem czekolad, niech mi ktoś zabroni”

Dosyć przykładów? Nie, jeszcze:

Z dorosłymi trzeba postępować ostrożnie”.

Z nimi. Z dorosłymi. Samej siebie nie zalicza do tego grona.

Porażający optymizm

Nastka mówi przez prychanie i stękanie. Prawie nikt nie rozumie tego, co mówi. Prawie nikt nie zdaje sobie sprawy, że pod tymi nieskomplikowanymi dźwiękami jest bardzo skomplikowany człowiek. Ze swoimi upodobaniami, opiniami, preferencjami i wglądem. Ojciec co prawda bardzo stara się zgadywać jej myśli na podstawie sytuacji: wciska jej w usta słowa, czasem całe zdania. Przy czym raczej nie trafia, choć jest przekonany, że trafił. Przez to dziewczyna nosi sweter, którego nie lubi. Podsuwa się jej jedzenie, za którym nie przepada. Ma jednego tłumacza swojego języka na polski – swoją siostrę. Nastka uważa, że Łucja dzięki tej umiejętność jest wyjątkowa. A przecież nie każdy może być wyjątkowy, to jasne. Więc absolutnie nie ma żadnego problemu. Rozumie ją jedna osoba, a mógłby być nikt. Pełnia szczęścia.

Niemal każdym słowem ta dziewczyna próbuje czytelnika przekonać, jak jest wspaniale. Specjalnie to podkreśla, żeby nie było wątpliwości. Pełnymi zdaniami i wielkimi słowami: życie jest „wspaniałe”, dzień jest „wielki”(bo idą na spacer), coś innego jest „najlepsze” albo „ekstra”. Raz ma atak szału, jak odradzają jej podchodzenie do matury. Obija się wózkiem o ściany i próbuje przekazać: „to po co ja żyję?” Ale zdaje maturę i już się nie burzy, jakby jej życie kończyło się na maturze i dalej nie było już nic. Temat ambicji, rozwoju i użyteczności społecznej zostaje urwany. Następuje powrót do cieszenia się kubkiem bardzo słodkiej czekolady w urodziny (bo w urodziny można, chociaż to sam cukier).

Otwórz usta, leci karma

Tak jej ojciec mówi o sobie:

Dzisiaj wiele sobie tłumaczę tamtymi słowami z łódki, tym przeklinaniem taty, którego nie było już na świecie. Może taki żal i taka wściekłość, wymierzone gdzieś w przestrzeń, nie znikają, tylko krążą. Aż w końcu, po latach, ślepe lecz wytrzymałe, dosięgają przypadkowego celu”

Ja rozumiem, że autor pewnie chciał pokazać ogólną wyraźną tendencję wśród rodziców osób z niepełnosprawnościami do szukania przyczyny stanu ich dziecka i winy za ten stan w swoim postępowaniu i w sobie. Ale to znowu jest krzywdzące utrwalanie stereotypu. W ten sposób piętnuje się całe rodziny. To takie myślenie, że jeśli to nie osoba z niepełnosprawnością ponosi odpowiedzialność za swoją sytuację, to jej rodzina. Na pewno to rodzaj kary. Ktoś dopuścił się złego i takie są konsekwencje. Należało się. A tak nie można! To może prowadzić nawet do izolowania podobnych rodzin ze społeczności. A już na pewno do plotek i obmowy: „co zrobił, że go to spotkało? Do kościoła nie chodzi, bezbożnik jeden” – autentyczny przykład z mojej wsi. To na temat sąsiada, któremu spaliła się stodoła.

O, coś tu się urwało

Jest jeszcze wiele wątków. Mogłabym opisać moje wrażenia z zestawienia życia baletnicy, jej siostry, z jej życiem z głęboką niepełnosprawnością i wskazywać na zbieżności, które pokazuje autor. Mogłabym skupić się na ich ojcu i pisać o tym, jak się miota między uciekaniem a odpowiedzialnością. Mogłabym. Ale mam już dosyć tej książki.

Beata Ebert

Autor: Beata Ebert

Mówią mi Beti, ale to niewiele mówi. „Gleba” byłaby ksywą znaczącą. Bo jakoś tak silnie ciągnie mnie do ziemi i trudno mi utrzymać pion. Często sprawdzam, czy chodnik jest właściwie wypoziomowany. Kiedy dopuszczą konkurencję sportową: bicie głową o glebę, zdobędę medal. Z ziemniaka.
Możesz zobaczyć mnie, jak trzymam klasę, klęczącą przed drzwiami, lodówką, śmietnikiem czy kasą.

Lubię składać słowa i stykać znaczenia. Nieumiejętność liczenia zmusza mnie do płacenia kartą.

Każde wyjście to dla mnie wyprawa. Do dżungli. W nocy. Bez maczety. Z chińskim przewodnikiem.

Nie pójdę do nieba, bo boję się schodów i wysokości. Winda akurat będzie pewnie w naprawie. Mogę smażyć się w piekle. Ale tylko na głębokim oleju. I jeżeli obok będzie smażyć się karkóweczka.

Gdybym powiedziała, że nie biegam, skłamałaby: nigdy nawet nie biegłam. Ale mówię biegle. Po pongielskiemu.

Jeśli chcesz mnie lepiej poznać, zatrzymaj się albo idź obok mnie. Nie wyprzedzaj, bo nie zdołam Cię dogonić. Nie idź też za mną, bo oboje się zgubimy. Możesz mnie czasem podwieźć. Ale nie zawieść ani zwodzić.

Jeśli chcesz pokazać mi, że mnie lubisz, daj mi swój czas. Nie próbuj pomóc, próbuj zrozumieć. I bądź cierpliwy.

Kojarzysz taką nalepkę na paczkach i przesyłkach: „Uwaga, szkło!”? Ja powinnam nosić taką z napisem: „Uwaga, czujący człowiek!.” Przez to proszę, zostaw ostre słowa, uszczypliwe komentarze i szpile przed wejściem na ten blog, a wszystkim nam będzie tu dobrze i bezpiecznie.