Kategorie
Wszystkie wpisy

Kobiety mojego życia

Spotykamy w życiu różnych ludzi. Najwięcej takich, których złożoności przeżyć i doświadczeń nie jesteśmy świadomi. Tych, którzy funkcjonują dla nas jako sprzedawca wegańskich pączków z fajnymi dredami, kurier DHL, który przeciąga rozmowę dłużej niż to konieczne, fryzjer, który mieszka ze swoją byłą żoną i byłą teściową, pani Jola, co wychodzi z psem po piątej i przed dwudziestą czwartą, bo wtedy nie widać, jak po nim nie sprząta. Wszyscy, którzy pojawiają się, trochę są, a jak znikną, to nawet się nie zorientujesz.

Na szczęście spotykamy też takie osoby, których energia łączy się z naszą i w wyniku tej reakcji powstaje siła napędowa, dzięki której odlatujemy z prędkością rakiety kosmicznej na wyższy poziom: świadomości, człowieczeństwa, odczuwania. Bycia w ogóle.

Pierwsza w tej kategorii jest dla mnie Marysia. Kiedy o niej pomyślę, widzę jej buzię z ustami ściśniętymi w taki sposób, jakby powstrzymywały uśmiech i drżały od tego z wysiłku. Stoi z kubkiem parującej herbaty korzennej w ręku, bo właśnie wróciła z biegania. Akurat padało. Ale deszcz w niczym nie przeszkadza. Uśmiech okazuje się niezmywalny.

Marysia zna Muminki i reaguje, kiedy zauważa, że zaczynam znikać. Jak Nini – niewidzialna dziewczynka, która nosiła dzwoneczek, bo tylko dzięki niemu było wiadomo, że jest. Ktoś był dla niej konsekwentnie niedobry, ona wzięła winę na siebie, bo była bezbronna. Postanowiła, że nie będzie nikomu zawadzać. Aż stała się niewidzialna. Ale kiedy ktoś jej powiedział coś miłego albo zrobiła coś odważnego, to powoli – najpierw migająco, potem na stałe – pojawiały się kolejno jej buty, sukienka i kokardka. A na końcu głowa. To od Marysi wiem się, że jestem. Moja obecność dodaje komuś otuchy, wspiera i podtrzymuje. Jestem ważna. Staję się widoczna.

Miałyśmy z Marysią rytuał. Co rano przed wyjściem śpiewałyśmy polski przebój. Od Połomskiego po Podsiadło. Do tej pory nie wiem, jak można codziennie ze mną śpiewać i ani trochę nie dać mi odczuć, że nie umiem. Nawet delikatnie nie dać do zrozumienia, że ogólnie to ciężko znieść to moje śpiewanie bez uszczerbku na słuchu. Jestem pewna, że drugiego tak nieoceniającego i akceptującego człowieka nigdy nie spotkam.

Najbardziej się cieszę, że za każdym razem do tej pory umiałam szybko rozpoznać, docenić i celebrować obecność takich ludzi w moim życiu. Bo nie wszyscy zostają na stałe, jak Marysia. Niektórzy przychodzą na krótko. Na czas specjalnej misji.

Tak było z Anią. Poznałyśmy się na basenie. Uczyła mnie pływać na głębokiej wodzie. Odważać się i próbować. Ma kółko na karku: małe, delikatne, narysowane jakby długopisem. Dla mnie jest tym kółkiem. Równowagą, pełnią i harmonią, wypływającą ze świadomości tego, kim jesteś i zadowolenia, że już to odkryłaś. Także przed innymi. Kojarzę ją ze spodniami, które wyglądały, jakby wsadziła nogi w rękawy bluzy i zapięła zamek. Ile trzeba mieć pewności, żeby nosić coś takiego i dobrze w tym wyglądać. Miała tę pewność. Nosiła ją. Nawet mając niewiele na sobie.

Nie wiem, czy wie, że jest dla mnie ważna, bo nie pamiętam naszych rozmów. Pamiętam działanie. Tak po męsku, z wąsem. Cokolwiek razem robiłyśmy, potem robiłam sama. Jazda komunikacją miejską, chodzenie po kinach i knajpach. Myślę o Ani, kiedy jem w Manekinie albo jadę metrem. Lub też kiedy tęsknie za jedzeniem w Manekinie i jazdą metrem. Dzięki Ani zrozumiałam, że strefy komfortu się nie opuszcza, tylko rozszerza, jak gumkę recepturkę między palcami. I to nie boli. Przynajmniej nie za każdym razem.

Najmilej jest sobie uświadomić, że ci ważni ludzie choćby nie byli na wyciągnięcie ręki, zawsze są blisko. Nawet nie tyle są blisko, co są na stałe z nami złączeni. Stają się drugim sercem. Takim wspierającym to pierwsze. Tym, co grzeje i dodaje sił, a nie bije.

Beata Ebert

Autor: Beata Ebert

Mówią mi Beti, ale to niewiele mówi. „Gleba” byłaby ksywą znaczącą. Bo jakoś tak silnie ciągnie mnie do ziemi i trudno mi utrzymać pion. Często sprawdzam, czy chodnik jest właściwie wypoziomowany. Kiedy dopuszczą konkurencję sportową: bicie głową o glebę, zdobędę medal. Z ziemniaka.
Możesz zobaczyć mnie, jak trzymam klasę, klęczącą przed drzwiami, lodówką, śmietnikiem czy kasą.

Lubię składać słowa i stykać znaczenia. Nieumiejętność liczenia zmusza mnie do płacenia kartą.

Każde wyjście to dla mnie wyprawa. Do dżungli. W nocy. Bez maczety. Z chińskim przewodnikiem.

Nie pójdę do nieba, bo boję się schodów i wysokości. Winda akurat będzie pewnie w naprawie. Mogę smażyć się w piekle. Ale tylko na głębokim oleju. I jeżeli obok będzie smażyć się karkóweczka.

Gdybym powiedziała, że nie biegam, skłamałaby: nigdy nawet nie biegłam. Ale mówię biegle. Po pongielskiemu.

Jeśli chcesz mnie lepiej poznać, zatrzymaj się albo idź obok mnie. Nie wyprzedzaj, bo nie zdołam Cię dogonić. Nie idź też za mną, bo oboje się zgubimy. Możesz mnie czasem podwieźć. Ale nie zawieść ani zwodzić.

Jeśli chcesz pokazać mi, że mnie lubisz, daj mi swój czas. Nie próbuj pomóc, próbuj zrozumieć. I bądź cierpliwy.

Kojarzysz taką nalepkę na paczkach i przesyłkach: „Uwaga, szkło!”? Ja powinnam nosić taką z napisem: „Uwaga, czujący człowiek!.” Przez to proszę, zostaw ostre słowa, uszczypliwe komentarze i szpile przed wejściem na ten blog, a wszystkim nam będzie tu dobrze i bezpiecznie.